niedziela, 16 października 2016

Nic nie wychodzi...

Zakopane nie wypaliło. Było zimno, deszczowo, śniegowo. A nawet nie było czym jechać. Samochód nadal stoi na warsztacie. Brak mi słów. To już miesiąc. Facet zrobił co miał zrobić. Mówi, że wszystko ok. Ale auto nie pali. Nie mam sił. Tylko się kłócimy z M przez to. On twierdzi, że to nie wina mechanika, bo kable, elektryka. Mnie szlag trafia, bo nie cierpię ludzi nie kompetentnych. Wszystko się obraca wokół pieniędzy. Tylko, że za ten miesiąc ten facet mógłby sobie z powodzeniem grzebać w innych autach. Bo może jednak potrafi coś naprawić. Wystarczyło tylko powiedzieć, że się nie podejmie, bo silnik, bo nie ma czasu, cokolwiek. Bez auta jak bez ręki. Masakra jakaś...

Krzyś mocno przeziębiony. Ale dajemy sobie radę. Ziołowe leki potrafią zdziałać cuda :) pogoda jest w kratkę. Wczoraj ciepło, przyjemnie. A dzisiaj trzeba było mu ubrać kurtkę zimową. Ale damy radę. Jak zwykle.
Magadalena88

niedziela, 2 października 2016

Jesień...

Kto jej nie uwielbia? Ja ubóstwiam :) nastał ten magiczny miesiąc w roku. Lubie październik za te bajeczne kolory :) I dary jesieni :)

 To wszystko uzbieraliśmy na dzisiejszym spacerze. Pogoda była cudowna :) Idealna na piesze wycieczki, wypad w góry. Niestety nasze auto jest już drugi tydzień na warsztacie. Nie zepsuło się tylko po prostu trzeba było już dawno zrobić pewne rzeczy. Tylko nie spodziewaliśmy się, że to będzie tak długo trwało. Dużo nerwów.... Ale mam nadzieję, że już w tym tygodniu się uda...

A na wycieczce byliśmy 11 września. Matko jak ten wrzesień szybko minął. W ogóle ostatnie pół roku minęło mi jak jeden dzień... W niedzielę 11 zwiedzaliśmy Rezerwat Sine Wiry. Rezerwat jest położony przy malowniczej rzece Wetlince. Bardzo piękne miejsce. Godne polecenia. Pierwszy raz tam byłam, ale na pewno wrócę. Szlak jest bardzo przyjemny. Ba, jest tam ścieżka rowerowa. Bita droga. Zakaz jazdy samochodem, ale rowerem już jak najbardziej można śmigać :) Poza tym są tam także pozostałości po dwóch wsiach. Byliśmy tylko w jednej, Zawój się nazywała. Jest tam stara studnia, widać stare jabłonie, ale także widać gdzie była cerkiew. Zostały także dwa nagrobki. Wieś miała swój kres oczywiście w czasie wojny... Kto przeżył został przesiedlony... Z drugą wsią do której  nie dotarliśmy stało się to samo... Jak nie zabiła ich kula Niemców, Rosjan, jakimś cudem udało się przeżyć głód to hajda na nowe, w głąb Rosji... Takich miejsc w Bieszczadach, w całej Polsce jest mnóstwo... 










Bieszczadzka legenda głosi, że gdy Łoś w Zawoju pije wodę to na nizinach jest powódź.



Rzeka Wetlinka


A od jutra tydzień urlopu :) Jakże na to czekałam :) Jutro zaczynam od mycia okien. To w końcu też trzeba zrobić. I strych jeszcze chcę ogarnąć. I kwiaty poprzesadzać. Te doniczkowe i ogrodowe też już czas. Zaplanowałam sobie bardzo dużo na ten tydzień. Oczywiście chcę też zacząć ćwiczyć. Miałam o tym nie pisać, ale jak wyrzucę to z głowy to może zacznę... Oj zacznę na pewno :) Była moja przyjaciółka dwa tygodnie temu i nawet bardzo nie krzyczała. Powiedziała tylko, że kocha mnie jak siostrę i opierdoli mnie jak siostrę. I tak też zrobiła...A że sezon się skończył, a w raz z nim moje zmęczenie. I jakoś dzień nagle zrobił się dłuższy więc muszę coś zrobić. Będę ćwiczyć z Ewką i Martą, przełamię wstyd i zacznę jeździć na basen, a biegać będę z mężem. Plan jest! Teraz tylko muszę go zrealizować! 


I chcieliśmy jechać do Zakopanego... I chyba nic z tego nie będzie. Weekend zapowiadają zimny, deszczowy... Więc jak mamy przejechać 200 km i siedzieć w pokoju, i nawet nie zobaczyć szczytu jakiejkolwiek góry to zostaniemy w domu... No chyba, że  Kraków. Nadal bardzo nas nurtuje. Brat zmienił mieszkanie. A i tak w ogóle to się obronił w środę! :)) No możemy już go tytułować magister inżynier :) Pewnie będzie się nieźle wściekał : P Więc może by do niego wpadł? Tylko, że już byliśmy... Oh... Zobaczymy. Na razie jesteśmy uwięzieni, bo bez auta... 

Magadalena88







piątek, 23 września 2016

Poznałam wczoraj fantastyczną kobietę! Uwielbiam ludzi z pasją. Wiem, że zaprzeczam teraz temu co pisałam poprzednio. Bo ludzie których obsługuje potrafią być naprawdę męczący. Ale trafiają się też tacy z którymi z przyjemnością zamienię kilka słów. Np. Uwielbiam Ślązaków :) bo oni są bezproblemowi i wiecznie uśmiechnięci. A tą swoją piękną mową mają zawsze coś do powiedzenia. Z nimi jest zawsze zabawnie. A pani, którą wczoraj poznałam urzekła mnie swoją miłością do gór :) mogłabym jej słuchać godzinami. Wchodzi do sklepu drobna kobietka. Wita się z tą moją koleżanką. Kasia złożyła zamówienie, bo okazało się, że ona sprzedaje nam mapy Bieszczad. Od słowa do słowa nawiązała się rozmowa. A jak ona usłyszała, że ja z moją rodziną trochę zaczęłam chodzić po górach to poleciała po mapy. Dostałam uaktualnioną mapę Bieszczad i Tatr :D Jak usłyszała, że się wybieramy w Tatry to rozłożyła mapę, wzięła długopis i zaznaczyła mi gdzie warto pójść. A także które szlaki omijać. Mało tego podała namiary na nocleg z którego zawsze korzysta będąca w Zakopanym. Gadałyśmy chyba z godzinę :) poranek był deszczowy i ludzi w sklepie nie było. Ja byłam bezwzględnie zafascynowana tą kobietą! Bo ona zawodowo zajmuje się chodzeniem po górach. Przeciera nowe i stare szlaki. Nanosi poprawki na mapy. Starałam się jak najwięcej zapamiętać z tej rozmowy. I żeby nie wiem co to my w te Tatry pojedziemy! I to już za dwa tygodnie :) narobiła mi ogromnej ochoty na piesze wycieczki. A w Bieszczadach to pokazała mi tyle ciekawych miejsc do zwiedzenia, że chyba do końca roku będziemy łazić :) uwielbiam ludzi z pasją :)

Magadalena88

środa, 21 września 2016

Wrzesień mija....

Pogoda zmieniła się  o  180st...  Jeszcze tydzień temu było gorąco...  Chodzimy do szkoły. Ajakże. Ja i Krzychu :) Młody chce chodzić sam. Ale ze względu na remont mostu i mega utrudnienia nie puszczę go samego. Jest po prostu niebezpiecznie. Ale i tak jest bardzo duża zmiana w jego zachowaniu. No jest rok starszy i tyle :) Radzi sobie :) Mają możliwość jeździć na basen ze szkoły, ale Krzysiek nie chce. Wczoraj mi powiedział nie, koniec kropka. Nie chce słuchać żadnych argumentów. A że znamy już trochę naszą pociechę i wiemy bardzo dobrze, że w jego przypadku nic na siłę. Nie zmusimy go. Nie ma szans. Za to ma ochotę nadal chodzić na piłkę nożną. I chyba od przyszłego tygodnia zacznie treningi. Tylko, że trzeba go do miasta wozić, bo niestety w szkole już nie będzie. Nie ma komu prowadzić zajęć w szkole. Ale to znoowu nie jest jakiś problem. Kwestia tylko zorganizowania się trochę bardziej...

Szef zaproponował mi przedłużenie umowy. Na rok. I co? Powinnam się cieszyć. Trochę na pewno tak jest, bo jednak będę przez zimę przynosić pieniądze do domu. I powiedzmy, że wiem już co i jak. Nie oszukujmy się to wcale nie jest takie trudne. A że ludzie są wredni, niecerpliwi i chamscy to już trudno. Nie zmienimy nikogo. Poza tym nadal trzymam się myśli, że bardzo duża część ludzi obsługiwanych przeze mnie nigdy do tego sklepu nie wróci. Nie chodzi tutaj o to, że ja jestem nieprzyjemna czy wulgarna. Nigdy nie pozwoliłabym sobie na takie zachowanie. Po prostu wychodzę z założenia, że duża liczba ludzi jest spotykana przeze mnie raz w życiu. I to mnie trzyma przy zdrowych zmysłach. Bo mogłabym już siedzieć w więzieniu za zabicie jednego czy drugiego. Ale tego nie zrozumie nikt kto nie znajdzie się po drugiej stronie lady. Dochodzi jeszcze kwestia dziewczyn, które tam pracuję. Bo stworzyły taką niemiłą atmosferę w sezonie, że nie chciało się tam pracować. W końcu szef nas opieprzył. Ale zrobił to na początku września. Moim zdaniem za późno. Ale efekty są. Atmosfera się oczyściła. Ale też pracę skończyła jedna z nas, która jest co roku do pomocy tam. Czyżby to właśnie ona tam najbardziej mieszała? Wychodzi na to, że tak. Ja przyszłam tam pracować. Każą mi stać za ladą to stoję, mam iść wykładać towar, zamiatać schody, myś podłogę, czy obsługiwać tego nieszczęśnego totolotka to idę. Ale nie chcę być wciągana w  żadne ich gierki. Niby jest fajnie, dziewczyny są miłe i pomocne. Ale ja tam nie przyszłam uważać na słowa. Tym bardziej, że jeżeli coś mi nie pasuje to o tym mówię. A tam niby wszycsy szczerzy, a jednak sam fałsz... Może problem jest we mnie? Ja już też w ten sposób myślę. Wyrzuciłam to z siebie. M mi mówi cały czas żebym się tak nie przejmowała. Robię swoje. Nie potrzebuję więcej koleżanek... Zobaczymy jak to się rozwinie... Potrzebuję jednak urlopu, potrzebuję odpocząć. Na szczęście trafiłam na rozsądnego pracodawcę, który docenia swoje dziewczyny i wysyła je na urlopy. Teraz także moja kolej. Cieszę się, bo pracy w domu też jest dużo. Niech moja mama żyje sto lat. Bardzo mi pomaga. Wszystkie przetwory zrobiła prawie sama... Mam skarb w domu, a nie doceniam, bo też potrafię być wredna dla niej... Ale to jest temat rzeka... Może kiedy indziej... 

Magadalena88

niedziela, 4 września 2016

Koniec wakacji...

Koniec wakacji uczciliśmy w tamtą niedzielę. Wybraliśmy się na całodniową wycieczkę w góry. Zdobywaliśmy nowe szczyty. Wybraliśmy się na Małą Rawkę. Byłam tam 11 lat temu. Pewnie dlatego nie pamiętałam jaki ten szlak jest trudny... Nie dało mi też do myślenia kiedy w necie przeczytałam, że linia drzew sięga tam wysoko. Wszystko przez to, że na zboczach nie było wypasu owiec, bo po prostu było tam stromo. Więc czytanie ze zrozumieniem u mnie kuleje jak nic... Myślałam, że będzie przyjemnie iść przez las... Nic bardziej mylnego... Ponad dwie godziny szliśmy lasem, pod górę. Stromo było jak cholera... Krzyś na przodzie. Pewnie z 10 metrów przed nami. Gdyby nie mobilizacja Marcina uciekłabym w dół... Weszłam tam tylko dzięki niemu... Jeszcze wzięłam po jakiegoś grzyba moje kije... Przeszłam niezły kryzys. Prawie się załamałam... Tym, że jestem tak strasznie słaba... Szlak okazał się cholernie trudny, ale moja kondycja jest w opłakanym stanie... Kiedy już dotarliśmy na szczyt to widok był niesamowity... Warto było się tam wdrapać. Nawet za cenę załamania... Pogoda była przepiękna... Odpoczęliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej. Na Wielką Rawkę. Tam było zdecydowanie łatwiej. Chcieliśmy też dotrzeć na Krzemieniec, ale Krzyś nie miał już sił. Zawróciliśmy... Następnym razem dojdziemy tam gdzie łączą się trzy granice... Mimo wszystko to co zobaczyliśmy jest tylko nasze :)) Zdjęcia nie oddadzą tego co się tam czuje, tam na szczycie... Taka euforia pomieszana z mega zmęczeniem, które bardzo szybko mija... Wiatr we włosach, szum traw... Spokój, cisza... Piękne widoki... Dwóch kochanych chłopaków przy mnie.... 



 Widok na Połoninę Caryńską. Zachwyciła mnie... Czekamy na cudowne kolory i ruszamy na szlak... 




 Są i moi panowie :*



 Niewiele mi trzeba do szczęścia.... 





 Tak wysoko :)



W drodze powrotnej... Krzyś opadł z sił... Tatuś dał radę go znieść... Droga w dół także nie należała do najlżejszych... 


Ale daliśmy radę!!!

Magadalena88

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zdarza mi się...

Ostatnio coraz częściej.... Zdarza mi się zapominać.... O wielu rzeczach... Raczej pamiętam o urodzinach sióstr, brata i  wszystkich naszych dzieci... Pamiętam o  wizytach  u  lekarzy, pamiętam o rachunkach... Staram się zapisywać ważne wizyty. Ale... Ale w niedzielę rozmawiałam  z bratową M. i podawałam jej nr telefonu do dentysty...  Wizytówkę miałam w portfelu. Zapisałam jej numer. Zaczęłiśmy oglądać mecz. Rozmowa się potoczyła innym torem. Zerknełam na telefon do tobekbi i  zorientowałam się, że nie mam portfela. Mówię o tym M. On do mnie, że może w domu zostawiłam, ale ok on pieniądze ma. Mielismy jechać do Polańczyka z Krzysiem do parku linowego. Ale mi nie dawało to spokoju. Bo pamietałam, że miałam portfel ze sobą. Ale nie pamiętałam, że dawałam Monice nr tel. Pobiegłam do auta. Nie ma. W końcu odpuściłam. Poszliśmy na spacer. Jak wróciliśmy do teściów, bo tam dzała się cała sytuacja, to Monika z dziewczynkami zbierała się już do domu. I zbierała zabawki i szpargały dzieci. I tato mówi do niej, że jeszcze portfel w kuchni na półce leży. A Monika mówi, że to nie jest jej. WOW znalazła się zguba... Haha zabawna sytyacja... I pewnie zapomniałabym o niej szybko gdyby nie dzisiejsze zdarzenie... Zaczęły się problemy z wodą. To takie nowe stare problemy... I nie wiem czy już o tym pisałam (no nie pamiętam), ale jeździmy czasami w takie jedno miejsce po wodę. Podobno doszło tam do cudu. I ta woda podobno ma właściwości lecznicze, uzdrawiające. Dla mnie ważne jest to, że ktoś tą wodę przebadał i że jest zdatna do picia... A sama zauważam, że nie ma tak dużo kamienia. To stwierdzam po obserwacji czajnika ;) Ale nie o tym miało być... Pojechaliśmy także zatankować samochód... I na Orlenie M poszedł płacić, pan z obsługi oddał mi kluczyki po zamknięciu wlewu. A że zrobiła się kolejka za nami to przesiadłam się za kierownicę i przestawiłam auto. Wszystko w biegu, bo przecież ktoś z tyłu czeka. Co i tak było bezsensowne, bo osoba za mną nie ztankuje auta dopóki M nie zapłaci... W każdym razie pojechaliśmy jeszcze do Tesco na zakupy. I już jadąc w docelowe miejsce kapnęłam się, że nie ma portfela... A przecież wyjmowałam kartę na Orlen.... W schowku nie ma, pod siedzeniem nie ma. Ok, spokojnie. Zrobiliśmy zakupy, wracamy do auta. Dobrze, że tym razem to M. miał gotówkę przy sobie. Przeważnie ja mam... W aucie nadal nie ma... Mówię do niego, że wracamy na stację, bo musiał mi wypaść jak przesiadałm się żeby przestawić auto... I tak było. Ktoś zanióśł moją zgubę do kasy. Pracuje tam znajomy kasjer i jak tylko mnie zobaczył to się zaśmiał : co Madzia wróciłaś po portfel :) No tak. Podziękowałam. Panowie mnie poinformowali, że jakby dzwoniła policja to żebym im powiedział, że już odebrałam zgubę... Od razu zgłaszają takie rzeczy. Nawet nie wiedziałam... I wszystko wszystkim przecież takie sytuacje są na porządku dziennym. Tylko przeraża mnie to, że ja nie pamiętam tego, że ten portfel mi wypadł... Nie pamiętam błahostek, sytuacji, gdzie położyłam klucze... Czy to jest już początek jakiejś choroby? Czy po prostu jestem zmęczona? A może jestem roztrzepana...? Nie mam pojecia co się dzieje... Marzę o tym, żeby posiedzieć, poczytać, posłuchać muzyki... Żeby się wyciszyć... Żeby ten bieg do nikąd się skończył... Krzyś od trzech dni prosi mnie żebyśmy zagrali w grę planszową... A ja cały czas mam coś do zrobienia... Obiad, pranie, mycie podłogi, okien... I zaraz trzeba jechać do pracy... W niedzielę zamiast usiaść po obiedzie to polecieliśmy na jeden spacer... Razem w trójkę. Umęczyliśmy się strasznie... Nie umie człowiek odpoczywać. Nie umie już po prostu usiąść... Szkoda mi czasu, szkoda mi życia.... 


Polecam https://www.youtube.com/watch?v=yaVh6Sjh9f0

Słuchałam wczoraj przy prasowaniu, przed pracą. Teraz słucham przed snem... Myślę, że warto poświęcić tej dziewczynie godzinę... Dlaczego przestałam słuchać całych płyt? Nie wiem. Skupiałam się na jednej piosence, a przecież czasami po przesłuchaniu całej płyry można dopiero zrozumić co autor miał na myśli :)

Magadalena88

piątek, 19 sierpnia 2016

Czas leci.

Czas nam leci. Oj leci. Już prawie koniec wakacji. Za chwilę znowu szkoła. Sezon się kończy. To akurat cieszy. Chociaż te dwa miesiące będę także męczące. Marcin wrócił po dwóch tygodniach. Dwa tygodnie temu :) zadowolona jestem i szczęśliwa że mam go już obok siebie. Nie chce tych pieniędzy tylko męża w domu :) na razie kupka się zbiera. M cały czas ma ręce pełne roboty. Także czasu żeby coś zrobić koło domu na razie brak. Ale powoli szopka też powstanie. Na razie się śmiejemy, że drzewo w lesie, a węgiel w kopalni. No ale jak chce mój mąż zgromadzić opał na zimę to najpierw musi mieć miejsce żeby to poskładać.
Czuć już jesień. Dzień jest coraz krótszy. Poranki zimne. Zawsze najbardziej zauważam zmianę lata w jesień. A jeszcze miesiąc lata. Jednak jesień się wkrada.
Praca. Hm praca nie męczy. Męczy mnie atmosfera jaka tam panuje. Dziewczyny robią sobie na złość. Jakieś dziwne, głupie zachowania. Jakieś głupie docinki. Dziwne to jest tam wszystko. Byle do końca października. Postaram się nie zwariować.
Magadalena88