czwartek, 11 lutego 2021
Grudzień i styczeń
czwartek, 10 grudnia 2020
Może by cos napisał...
Jejku ile rzeczy się wydarzyło... Toż głowa mała... Praca, wirus, izolacja, śmierć i narodziny...
Mnóstwo problemów, ale także radości... Początek roku trudny, trudny chyba dla nas wszystkich. Bieszczady długo broniły się przed koroną. Jednak najazd turystów w lecie musiał coś zostawić. Chwała losowi, że jednak ktoś tutaj przyjechał. to jednak wielu osobom pozwoli przetrwać zimę... Także zaczęły się też choroby i u nas... Nie śledzę doniesień z tv. Zwariowała bym do końca... W takim przypadku wolę się odciąć, ale wiem co się dzieje... Jednak relacje kogoś kto pracuje w małym szpitalu na Podkarpaciu jakoś bardziej do mnie przemawiają niż doniesienia tv...
Także wiosnę Krzyś spędził w domu. Ucząc się albo nie. Bo musiał nadrabiać biologię. Przyszły wakacje. Na które wszyscy czekali jak na zbawienie... My także. Udało się wziąć urlop. W lipcu. To dało mi nadzieję, że pracuję w jakiejś normalnej firmie. M też miał urlop. Pojechaliśmy w Góry Stołowe. Tylko na trzy dni. Ale jakże nam potrzebne. Polska jest cudowna... Tydzień później spędziliśmy fajny weekend w ukochanym Krakowie na urodzinach brata. Kraków zawsze oferuje mnóstwo atrakcji. Wydaje się, że już wszystko tam zobaczyliśmy, a jednak dało się jeszcze zaskoczyć. Brat był ucieszony. Spędziliśmy dobry czas. To był dobry weekend.
Koniec lipca był bardzo relaksacyjny. Jednak początek lipca bardzo nas przygnębił. Moja babcia dostała trzeciego udaru i zmarła... Bardzo szybko się to wydarzyło... A że żyjemy w pandemii to nikt nawet jej nie mógł w szpitalu odwiedzić... Zmarła pierwszego lipca o 22. Kiedy wróciłam z pracy to moja mama była zapłakana... Było mi smutno, przykro... To była mama mojego taty... Babcia Ania. Babcia, która napisała książkę. Babcia, która napierała na drugie dziecko. Babcia, która była mega drażniąca, a jednocześnie kochana. Babcia, która ciągle płakała z byle powodu. I babcia, która nie odmawiała kieliszka wódki. Babcia kochająca nasze dzieci i całująca je we włosy.
Od grudnia zeszłego roku opiekowałyśmy się nią z mamą. Mieszkała po sąsiedzku. Z córką i jej mężem. Ich dzieci są na studiach. Rok temu okazało się, że ciocia ma raka... Przeszła operację i nie mogła tak jak dawniej opiekować się swoją mamą. Tutaj z pomocą przyszłyśmy my, ja i moja mama. Ciocia trafiła do szpitala przed BN. Po operacji wróciła do domu. Jednak nie mogła dźwigać. Więc w naturalny sposób zajęłyśmy się nimi z mamą. Robiłyśmy zakupy, moja mamą kąpała babcię. Babcia do samego końca była osobą sprawną. Jednak nie robiła sobie jedzenia. Więc byłyśmy z mamą tam cztery razy dziennie. Niech moja mama żyje 100 lat z zdrowiu za tą opiekę nad babcią i ciocią. Myślę, że przez te kilka miesięcy moja mama spłaciła choć w części dług zaciągnięty u moich dziadków... Dziadkowie bardzo nam pomagali jak byliśmy mali. Pomogli wybudować dom. Dziadek chciał kupić malucha, tyle mieli pieniędzy końcem lat osiemdziesiątych. Babia namówiła go jednak na budowę domu dla nas... Ten dom, w którym mieszkam z moją rodziną to tylko dzięki ich oszczędnościom i gospodarności... A ja nawet o tym nie wiedziałam... Babcia opowiedziała kiedyś tę historię mojemu M. I tak tam biegałam... Później przyszedł marzec i świat się zatrzymał, ale tylko dla niektórych... Ciocia zaczęła chemioterapię. Była w szpitalu przez sześć tygodni... Razem z Wielkanocą... Babcia wiedziała tylko, że ciocia miała operację. I że po szpitalu musi jechać do sanatorium. I albo nie skojarzyła zamknięcia sanatoriów, albo uznała, że ciocia sama jej powie co się dzieje... Nikt się tak nie kłócił tak jak one... I chyba nigdy nie widziałam żeby ktoś na kogoś tak czekał jak babcia na powrót cioci, swojej jedynej córki ze szpitala... Także kłamstwo było konieczne i w słusznej sprawie... Baliśmy się, że prawda o chorobie cioci zabije babcię... I jeszcze ten covid. Bałam się, że sama zabiję babcię... Bo dla mnie się świat nie zatrzymał, nie zwolnił. Kazał nam tylko ubrać maski na twarz... Nie zamknęliśmy sklepu ani na jeden moment... Szefostwo zrobiło wszystko żebyśmy pracowali w sterylnych warunkach. I tak od marca albo nawet wcześniej mamy maski, płyny do dezynfekcji, podział na grupy i inne cuda przestrzegane mniej lub bardziej. I co? Sklepy i ich pracownicy są nie zniszczalni. Także to co się działo w mojej głowie na wiosnę to jakiś dobry żart... Ze strachem wracałam do domu. Przebierałam się i szłam do babci zrobić jej kolacje, podać leki. Cały czas z obawą czy nie mam wirusa na sobie, bo w końcu z tyloma ludźmi się widziałam z ciągu jednej zmiany... I covid jej nie zabił. Jej ciało w końcu miało dość... Ja pierdzilę... I babcia mówiąca do mnie już idziesz, tak szybko uciekasz... Och gdybym wiedziała, że z nadejściem lipca już jej nie będzie to przystanęła bym na dłużej przy tej herbacie i śniadaniu... I kiedy jestem na cmentarzu to jakoś do mnie nie dociera, że ona tam leży...
Także leci czas. Wcale nie zwalnia. Już rok jak pracuję w DC. Już rok minął jak nie jeżdżę do Polańczyka... Już trzy miesiące minęło odkąd M zwolnił się z magazynu. A co? Kryzys a on zostawia robotę. Powinien to zrobić dawno temu... Może podsumuję pracę w tamtym miejscu tak, że po pięciu latach wrócił do palenia papierosów tak go dojechały współpracownice... Na szczęście mamy to już za sobą... Niezły przegląd roku zrobiła. A i jeszcze Szymek się urodził. Jedni z dobie pandemii zostawiają pracę inni decydują się na dziecko. Takie czasu nastały. Szymon to bratanek M. Ma dwa miesiące i jest absolutnie cudowny i doskonały :) Tym miły akcentem skończę ten zimowy wieczór :) Miesiąc to pisałam... Masakra. Się nic już nie dziwię, że mnie tu nie ma hi hi :)
Magadalena88
środa, 19 lutego 2020
...
poniedziałek, 10 lutego 2020
Ból
poniedziałek, 28 października 2019
Zmiany....
Nie pochodziliśmy po Bieszczadach. Zmęczenie brało górę nad nami i jak już przychodziła niedziela to woleliśmy pobyć w domu. W trójkę. Bo Krzysiu też tak pozostawiony trochę sam sobie...Ale jak już wybraliśmy się na wycieczkę to zrobiliśmy 20 km i zajechaliśmy siebie i nasze dziecko... Ale jakże było warto. Dla tych widoków, dla tych towarzyszących emocji. I spotkaliśmy się z mega życzliwością na szlaku. Kiedy Krzyś miała kryzys przez to, że go buty obtarły. Plastry nie na wiele pomogły. I wtedy jeden z turystów zagadnął nas, chciał Krzysia poczęstować batonem. Jak usłyszał, że buty go obtarły to zaproponował plastry. Grzecznie podziękowaliśmy, bo wszystko mieliśmy. Drugi widząc płaczące dziecko także się zatrzymał. Także zaproponował plastry. Pocieszył nas, że najważniejsze,że to nie zwichnięcie... Kto by takiego kloca zniósł na dół... Wiele wycieczek za nami i wiele razy spotkaliśmy się z tym, że fajnie, że młody jest z nami. Te nasze wycieczki to nie tylko widoki. To możliwość spędzenia czasu razem, to czas na wspólną rozmowę. I także pokonywanie barier i granic w głowie. Zawsze to dotyczyło mnie... Zawsze ja się poddawałam. Nie miałam sił. Zawsze ja spowalniałam... Tylko mnie bytu nigdy nie obtarły do krwi... I tam w połowie drogi zamieniłam się z Krzysiem butami... Mamy taki sam rozmiar, ale jego i tak były za małe na mnie. Tym razem moje palce dostały popalić, ale przynajmniej ulżyłam dziecku. Ale chyba nikt nie schodził z Tarnicy w skarpetkach tylko nasz syn... Bardzo nam było przykro patrzeć, że jemu coś doskwiera, ale byliśmy też mega z niego dumni, że dał radę, że się nie poddał... I ten nasz mały chłopiec za chwilę kończy 10 lat... Ostatnią piękną niedzielę tej jesieni, a może i roku spędziliśmy też w Bieszczadach. Zaszyliśmy się w Buku, w wiacie turystycznej paląc ognisko i jedząc kiełbasę :)
Magadalena88
środa, 26 czerwca 2019
7 rano
Tym razem 7. Z racji tego, że zepsuła mi się stacyjka w mojej hondzi albo co innego, to M odwiózł mnie do pracy. A że mam jeszcze sporo czasu to siedzę do słoneczka w amfiteatrze w Polańczyku. Słońce jest jeszcze na prawdę przyjemne :) i z nad wody czuć lekki wiatr. Sezon się zaczyna. Czerwiec daje mi nieźle popalić jeśli chodzi o pracę. A w zasadzie to tylko dwa miesiące tego sezonu.
Mamy już wakacje. Krzychu dostał promocję do piątej klasy. Skończył rok szkolny ze świadectwem z paskiem :D dumna jestem przeogromnie z mojego małego chłopczyka. Brakuje mu do mojego wzrostu jakieś 10 cm ale i tak będę mówić, że jest malutki ;) Także dziecko moje odpoczywa. Pojedzie trochę do jednej cioci, trochę do babci.
Kończymy remont. Zrobiliśmy elewacje. Jeszcze tylko barierka na balkon została. I na tarasie M położy płytki. I mogą przychodzić z banku odbierać inwestycję jak to się ładnie nazywa.
Magadalena
niedziela, 12 maja 2019
9 rano
Jest 9. Niedziela. Właśnie odbyłam 20 min spacer. Słyszę jak zegar na wierzy kościoła wybija pełną godzinę. Za mną płynie rzeka San. O tej porze niesamowicie spokojny. Cudowny poranek. Jestem w pięknym miejscu o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Mimo tego że niedaleko chodziłam do szkoły średniej. Moi chłopcy poszli na basen. I właśnie obok basenu jest zrobione boisko do piłki, do siatki, mnóstwo ławek i stolików. Wszystko pięknie zagospodarowane. Słyszę śpiew ptaków, rozkoszuje się tym dźwiękiem. Słońce pięknie mnie grzeje. Mam ze sobą książkę. Została mi jeszcze godzina dla mnie.









