czwartek, 8 czerwca 2017

Udało się!

W niedzielę zdobyliśmy kolejny szczyt! Tym razem była to Połonina Caryńska. Tutaj wielki ukłon w stronę mojego męża, który po raz kolejny okazał się wielkim wsparciem dla mnie. Tylko dzięki niemu znowu mi się udało... Niestety okazało się po raz kolejny jak bardzo jestem słaba. Jaka jestem niesamowicie ociężała... Gruba i do dupy w ogóle... Chciałam zawrać... Ba nawet zaczęliśmy wracać... Marcin był zły... W ogóle masakra. Ta miła, rodzinna niedziela zamieniała się powoli w jakąś niewyobrażalną tragedię... Ja zła na siebe, przygnębiona, dziecko smutne i M. który starał się zachować trzeźwy umysł i zarzadził powrót... Bał się, że zesłabnę, dostanę zawału czy coś... Sama się bałam... Pierwsza zadyszka była straszna... Ale powoli opanowaliśmy emocje, odetchnęłam. I wyszliśmy! Sukces... Mój, Marcina. Że daliśmy radę. Po raz kolejny pokazał mi, że jestem dla niego naprawdę ważna... Że mogę na niego liczyć. W mojej głowie walka, gonitwa, natłok myśli... Krzyś uśmiechnięty :) Udało nam się spotkać na górze z bratem M., jego dziewczynę i kuzynem. Wyruszyliśmy razem. Jednak oni są młodsi od nas o 10 lat... To robi różnicę. Tym bardziej, że są aktywni, młodzi, smukli i piękni :) Wystszelili do przodu, a ja nie dałam rady nadążyć za ich długimi nogami... Spowalniałam towarzystwo... Ale jak już doszliśmy na szczyt... To jest niesamowite zwycięstwo. Dla mnie... Człowiek zdaje sobie sprawę jaki jest malutki, kruchy... Uwielbiam te widoki, wiatr, ludzi, którzy są zmęczeni, ale szczęśliwi... Tam się nikt nigdzie nie spieszy... Jest czas żeby usiąść, zrobić zdjęcie. Odetchnąć. Zrozumieć. Uśmiechnąć się... Być ze sobą... 









Wędrowiec....



Oczywiście musieliśmy jechać z przygodami.  Seba się spóźniał. Więc był przystanek nad rzeczką w Dołżycy.




Zostawiam zdjęcia. Zostają przemyślenia w mojej głowie. Plany na kolejne wycieczki. I mocne postanowienie. W końcu życie jest za krótkie żeby nic z nim nie robić. I jest tylko w moich rękach....

Magadalena88
Mama szczerbatego Krzysia :)
Żona jajlepszego męża na świecie :*

niedziela, 21 maja 2017

Tydzień z piękną pogodą minął. Mieliśmy zaplanowaną wycieczkę w góry na dzisiaj, ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Zrobiło się zimno i deszczowo. Niby idealna pogoda na wyjście na szlak. Tylko, że przez mgłę nic nie było by widać. A o widoki chodzi najbardziej ;) Za tydzień się nie uda, bo siostra idzie na wesele i jej dzieci sztuk 3 mają u nas nocować. Będzie wesoło.

Zmagamy się znowu z uszami. Krzyś przyjmuje leki na alergię. Zaczęło się od bólu ucha. Od razu pojechałam do laryngologa. Nie było zapalenia. Ale lekarz w ogóle nas zignorował. Ból ucha zaczął się od kataru. Taka sama sytuacja miała miejsce w grudniu. Od kataru wszystko się zaczęło. Kiedy zaczęłam opowiadać o tym lekarzowi to mi przerwał i powiedział, że jego interesuje to co się dzieje teraz, a nie kiedyś tam. Więc się zamknęłam. Krzyś wtedy dostał antybiotyk na 3dni i zalecenie płukania nosa. Gdyby nie to, że dziecku dokuczało ucho to bym go zabiła. Potwierdziło się tylko moje zdanie na temat tego pana. On jest też lekarzem medycyny pracy. Czyli za pieniądze zdobędzie się u niego każde uprawnienie. Nie byłam u niego już więcej. I raczej już nie pójdę. A z Krzysiem pojechaliśmy do Krosna. Lekarza poleciła nam znajoma. Chcieliśmy żeby zobaczył go ktoś inny niż lekarz, który go prowadził dwa lata temu. Potwierdził tamtą diagnozę. Krzyś dostał leki na alergię. I skierowanie do poradni na testy. Skończył już antybiotyk. Maść do nosa także. Za dwa miesiące mamy pojechać do kontroli. Kataru już nie ma. Ale przyjmuje leki na alergię więc pewnie nie będzie miał. Zobaczymy jak sytuacja się potoczy jak zrobimy testy. Tak to się ciągnie trochę, bo niestety na wizytę musieliśmy poczekać dwa tygodnie. Ale już jest dobrze. Ważne, że uszy go już nie bolą.

Pracujemy razem z M. Ciągle się mijamy. I jak przychodzi ten jeden dzień wolny w miesiącu to nie wiemy co z tym zrobić. Marcin wraca zmęczony. Potrafi w ciągu dnia zrobić około 17 km po tym magazynie. Ah te smartphony :) ma wbudowany licznik kroków. A że telefon ma przy sobie to mu liczy kroki. Także wraca zmęczony. Ale jest bardzo zadowolony z pracy. I dobrze :)

sobota, 22 kwietnia 2017

Wzystko na raz....


Od czego by tu zacząć? 
Krzyś znowu ma zapalenie ucha... Tzn lekarz stwierdził, że się dopiero zaczyna.... Dostał antybiotyk. Od czwartku siedzi w domu. A ja znowu mam urlop... Byłam tylko w wielką sobotę w pracy. Szef stwierdził, że mam najwięcej dni do wykorzystania to mogę odpoczywać... I odpoczywam. Zeszły tydzień był szalony, bo święta... Ten wcale nie jest spokojniejszy... Mój M stłukł sobie nogę. A że twierdził, że nic się nie dzieje to do chirurga nie poszedł. Ale skończyło się jednak interwencją chirurga, bo jak nasza pani doktor zobaczyła nogę to od razu wypisała skierowanie na oddział do szpitala... Jak nigdy... No i nacięli meżowi tego krwiaka, który powstał po stłuczeniu, a się nie wchłaniał... I chodził tydzień z sączkiem. Wczoraj byliśmy też u chirurga. Lekarz stwierdził, że tak to będzie wyglądało, że się goi. Nogi nie straci :) Ale żeby tych problemów zdrowotnych nie było mało to dwa razy wylądowaliśmy na SORze... Mój mąż się odwodnił... I to dwa razy w ciągu kilku dni... Przestarszył mnie niesamowicie. Robiło mu się słabo, widział mroczki przed oczami, nie mógł zebrać myśli, ciężko mu się oddychało. Zrobili mu badania. Chłop zdrów jak ryba :) Badania w normie. I tak pilnuję, żeby wypijał dwa litry dziennie. Płynów oczywiście. Kawa poszła w odstawkę. Pierwszy dzień bolała go głowa, ale widać na jego przykładzie, że bez papierosów da się żyć to bez kawy też się da :) A w ogóle to  dostał pracę! I wylądował na chorobowym... Koniec z budowami, z kurzem, brudem i nerwami zwiazanymi ze współpracą z ojcem... Nareszcie! Ojciec zalazł M. za skórę. Nawet mi nie powiedział o co poszło, ale z nastaniem nowego roku M. powiedział dość. Mają jeszcze jedno zlecenie, które obiecali jeszcze zeszłej wiosny i to zrobią razem. Ale popołudniam, bo M pracuje od 8 do 16. Idealnie :) Jest magazynierem w firmie, która robi meble dla dzieci. Przepiękne zresztą :) Ja cała w skowronkach. Cieszę się bardzo, bo w końcu coś zmienił :)


Pogoda nas nie rozpieszcza... Szaro, buro i ponuro... Zimno, wietrznie i leje deszcz... Gdzieś ta wiosna zabłądziła... 

Magadalena88


wtorek, 11 kwietnia 2017

Pokój nad kotłownią...

Każdy kto ma dom jednorodzinny, wolnostojący musi mieć taki właśnie pokój. Taki grajdołek. Albo często nazywany przeze mnie magazynem rozmaitości. U mnie jest właśnie taki pokój nad kotłownią. Kiedyś w tym pokoju będzie moja kuchnia. Kiedyś... Ale na razie sprzątanie odbywa się kilka razy do roku. I za każdym razem jestem zaskoczona ilością śmieci jakie z niego wynoszę... Kiedy kilka miesięcy temu tam sprzątałam znalazłam karteczkę zapisaną przez mojego tatę. Był to liścik napisany do mojego brata. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam do brata. Ah ta technika. Zostawiłam tą Kartkę na półce, że schowam później, jutro, kiedyś. Jakiś czas później mój mąż rozkładał w tym pokoju właśnie te półki. To jakieś stare szafy były. Ile w takim małym pokoju może się zmieścić rzeczy... I kartkę szlag trafił... Kurczę, a była w jakiś sposób ważna dla mnie. Nie ma w tym winy M bo przecież dla niego to była tylko mała karteczka. Nie zwrócił nawet na to uwagi. Kiedy trafiłam na tą Kartkę to znalazłam jeszcze zdjęcia mojego taty. Robione były do paszportu. I odłożyłam je razem z tą kartką. I jak dzisiaj pozbierałam jakieś papiery to wrzuciłam to do pieca. Na wierzchu były zdjęcia. Nie zauważyłam. Trochę się przypaliły, ale je uratowałam.
Staram się nie zbierać. Ale mam mnóstwo takich rzeczy. Muszelki z nad morza, które przywiozłam w 2003 roku, stare pamiętniki, które pisałam jako młoda dziewczyna, mnóstwo zdjęć, pocztówki które przywoziły mi moje koleżanki ze szkolnych wycieczek na których nie mogłam być...  Nawet miałam bilety miesięczne z ostatniej klasy technikum. Zbieram także małe drobne rzeczy na pamiątkę dla Krzysia. Nie wiem po co, bo wiem już teraz, że nie będzie tak sentymentalny jak ja... No bo po co mu mleczne zęby, czy pierwszy smoczek, kosmyk włosów? Zbieram. Nie potrafię wyrzucić, rozstać się. Na ścianie w salonie powstaje galeria. Nasze zdjęcia. Moje dzieciństwo. Moje rodzeństwo. Czarno białe zdjęcie rodziców. Ja z M z jego studniówki. Kolekcjonuje... Może jeszcze uda mi się odnaleźć tą karteczkę :)

A w niedzielę byliśmy na wycieczce. Zabraliśmy Martynę, moją siostrzenicę. Krzysiowi się nie nudziło. Pojechaliśmy na Dużą Pętle Bieszczadzką. Pogoda była cudowna. Moje ukochane góry jeszcze ośnieżone. Jeszcze szaro. Jeszcze nie ma zieleni. Ale i tak jest cudownie :)

Magadalena88

sobota, 1 kwietnia 2017

Sobota minęła. Cały tydzień minął. Krzyś miał rekolekcje. Doprowadziłam go tylko do pasów i poszedł sam. Dziecko mi dorasta. W ogóle to mi powiedział, że nie muszę się już o niego troszczyć. Zatroszcz się o siebie. To są jego słowa...  No taki duży już jest... W ogóle to kilka dni z rzędu przychodzą do niego koledzy. Bawią się na piasku i kopią piłkę. Pogoda jest cudowna. W końcu można porzucić te zimowe, grube kurtki. No w końcu wiosna :) a jak wiosna to zmiany. Zaczęłam od fryzjera :) jestem teraz blondi :) wszystko jak zwykle z przymrużeniem oka :) a od jutra zaczynam ćwiczyć. Jak ja się cieszę, że dzień już jest taki długi i słoneczny :)

czwartek, 16 marca 2017

Miesiąc....

Ponad miesiąc... Co przez miesiąc się wydarzyło? Przede wszystkim zima odeszła... Bezpowrotnie. Wszyscy pewnie mają taką nadzieję... Ja zaliczyłam upadek na lodzie i rozwaliłam sobie kolano... Mimo wszystko zima była piękna. Mroźna, biała i długa. Wiosna też już zagląda. Roślinki wychodzą, ptaszki śpiewają :) Ściągnęłam w końcu śnieżyczki z okien... Schowałam na kolejną zimę... Czekam na wiosnę. Na wiosnę w pełni. Hiacynt już przekwitł. Ale to nic. Cała reszta budzi się do życia... Bardzo lubię wiosnę. Pierwsze podmuchy ciepłego wiatru, pierwsze ciepłe promienie słońca. Ale na to musimy jeszcze poczekać... Ale już niedługo...

I w ogóle to mam urlop... :) I co? I siedzę. Pogoda nie sprzyja niestety myciu okien. No leje i wieje. Od poniedziałku. Od kiedy siedzę sobie w domku. 

Pomalowaliśmy też pokój :) w końcu się doczekałam. W ogóle to przenieśliśmy łóźko do pokoju brata, a jego rozkładane daliśmy do naszego starego/ nowego pokoju :) Pokój nazywamy teraz salonem :) A pokój brata sypialnią :) niestety w sypialni czeka nas także malowanie, panele. I w ogóle mam jeszcze parę pomysłów :) Wczoraj wysłałam bratu zdjęcia i zapewniłam go, że jak przyjedzie to będzie miał gdzie przenocować :) Zamiana pokoi wyszła całkiem spontanicznie. Ja to w zasadzie planowałam, bo koncepcja na sypialnie w mojej głowie tkwi od dawna, ale jeszcze nie teraz. W zasadzie nie wiem kiedy miałoby to nastąpić. Więc nastąpiło teraz :) 

Krzychu chodzi do szkoły. Dziecię me przytyło. Nowe koszulki i spodnie pojawiłt się w szafie. No i spodnie kupiłam za małe... A M. mówił, że trzeba rozmiar większy wziąć... Jakoś tak nagle Krzysiek urósł, przytył... Kolejne zęby także mu wypadły. A i już wyciągnęliśmy rolki z piwnicy :) Obydwaj jeździli :) Bo ten kryzys 30stki to mój mąż miał do dnia urodzin. A teraz to już mu nic nie przeszkadza. Poważny nigdy nie był i metryka też tego nie zmieni :) Więc już śmigali na rolkach :) 

No i najsmutniejsza wiadomość jest taka, że nasze Renault pojechało do nowego właściciela... Niech się kto inny użera... Szkoda i żal mi niesamowicie.... Ale już nie mogłam znieść tego strachu... No wsiadałam i się zastanawiałam czy odpali, jak już odpalił to czy dojadę. M. posiwiał już prawie całkiem przez to auto... 5 miesięcy reperowania, pchania pieniędzy i nie działało nadal... Masakra.... Jak ruszyliśmy jedno to kolejne się posypało... Oczywiście pan, który je kupił dowiedział się o wszystkich wyskokach tegoż auta... I on to zrobi... Myśmy już nie mieli pieniędzy żeby w niego pchać.... Już dość... Niech facet sobie zreperuje i niech mu służy kolejne 10 lat...

Magadalena88










wtorek, 7 lutego 2017

Dni mijają ...

Mamy za sobą 30-te urodziny mojego męża :) biedak od roku już to przeżywał. Kupiliśmy z Krzysiem prezent. Wszystko w tajemnicy i pełnej konspiracji :) w zeszły czwartek z samego rana wsadziłam dwie świeczki w piernik, obudziłam Krzysia i powiedziałam , że to już :) mina Marcina bezcenna :) ucieszył się bardzo. Ja z Krzysiem też byłam zadowolona :)

Zima odpuściła tylko na chwilę. Trochę śnieg zszedł. Słychać już pierwsze ptaszki. Ale przecież tej zimy jeszcze dwa miesiące zostało. I tak dzisiaj od rana sypie i jest mroźno. Krzyś się ucieszył, że może jeszcze uda mu się zrobić bałwana :) Ferie minęły niewiadomo kiedy. Dziecko me szalało na podwórku. Trochę też na sankach. I planujemy wypad na łyżwy. W końcu otworzyli lodowisko w mieście. Było już na feriach czynne tylko trzeba było mieć swoje łyżwy. Których nie mamy. Ale już działa wypożyczalnia. Jakże mnie to cieszy :) nie miałam łyżew na nogach jakieś 15 lat. Ale podobno to jak z jazdą na rowerze. Podobno się nie zapomina ;) zobaczymy w sobotę jak mi pójdzie :)

Magadalena88