sobota, 2 grudnia 2017

Jest grudzień....

Zaczął się grudzień... Kolejny... Zaczął się śniegiem... I Krzysiowym przeziębieniem... I w ogóle tak radośnie... Muszę kupić naklejki na okna. Gdzie postawimy choinkę? W końcu sypialnia zmieniła się w salon. A pokój brata w sypialnię. Układ się zmienił. I nie wiem gdzie tą choinkę postawić... Katolicy z nas żadni... Ale choinka musi być :) Prawdopodobnie tydzień przed świętami będę miała wolny :) Moje postanowienia szlag trafia co rusz.... Chyba już nigdy się nie zdyscyplinuję... Jak się tego nauczyć... eh... 

Zostawiam piosenkę. Od dawna ją znam, a od dwóch dni mam zajawkę :) Słucham cały czas :) 


Magadalena88

poniedziałek, 13 listopada 2017

Już jakiś czas temu naszła mnie taka refleksja... Mój syn nie brudzi już buzi ;) Siedzieliśmy przy śniadaniu i tak mnie to uderzyło, że myśłałam, że z krzesła spadnę... Naprawdę... Jakoś tak mi urósł, spowarzniał... Nabrał ciałka. Nie ma śladu już w nim z niemowlaka, a za chwilę nie będzie już śladu z dziecka. Jest teraz dzieciolatkiem :) Kiedyś sam wymyślił nowy podział. Bo jeszcze nie jest nastolatkiem, a już nie jest dzieckiem :) tak, mój malutki syneczek skończył osiem lat :) Wczoraj była imprezka. Zrezygnowaliśmy z kuzynostwa w tym roku, ale że w moim domu drzwi dla moich sióstr są zawsze otwarte to dwie przyjechały :) Krzyś miał dylemat kogo zaprosić, bo chciał kolegów z klasy i chciał też kuzynów... Nawet namawiał nas na dwie imprezy. Zgodnie stwierdziliśmy, że jak zrobimy jedną taaakąąą dużą z rodziną i kolegami to nic z tego nie będzie tylko płacz i przepychanie, a nie zabawa. Dlatego nie zapraszałam moich sióstr, a M. braci... Ale siostry nieświadome imprezy przyjechały (i dobrze, bo kto by ten tort zjadł? ;)), brat Marcina też przyjechał. I chłopcy się bawili razem. Koledzy Krzysia wzięli do zabawy małych kuzynów Krzysia :) I nawet się dosyć długo bawili. Bez tragedii i płaczu... Ah jak człowiek potrafi sie pomylić w swoich sądach... Ale później zabrałam chłopaków na dół i młodzież została sama. Krzyś zadowolony. Z prezentów, z tego, że koledzy przyszli. Było inaczej niż w poprzednich latach, ale równie miło i sympatycznie :) 


Krzyś, po prawej jeden z kolegów, w tle jest Anastazja, w dolnym prawym rogu Konrad. Na fotelu są bliżniaki :) Jakże różni. Za Krzychem jest Antoś. W drzwiach Mery, moja mama :) 




Nowy rekord :) doskonali tą właśnie umiejętność :)


W kształcie serca.... 
Bardzo kocham mojego syna o czym wie pani, która robiła tort...
Bardzo byłam zaskoczona i wzruszona... 


Miałam pisać o upływającym szybko czasie... Bo w moim życiu trwa okres uływającego czasu. Ale nie będę przynudzać. Mało mnie tutaj. Czasami bardzo mi z tym źle. Właśnie dzisiaj. Bo kolejny rok z życia Krzysia minął, a ja tak mało pisałam. Albo jak już piszę to o tym co już było. I o tym, że tak źle. Bo zawsze jak jest źle to się lepiej pisze.... Mało mojego kronikarstwa... Każda wymówka jest dobra...  Pomyślałam o nowym postanowieniu : wpis co dwa dni. Ale, że ja systematyczna nie jestem i postanowień nie dotrzymuję to może ja po prostu będę to robić. Bo tak bez planów i postanowień jakoś mi lepiej wychodzi. To żtcie lepiej mi wychodzi ;) 

Magadalena88

środa, 18 października 2017

......

Od tygodni zbieram się... Zbieram się na wszystko... Nie mogę się ogarnąć... Z niczym... Chciałam napisać... Codziennie chcę... Mój ukochany październik się zaczął... On trwa... Będzie się kończył... Udało się pojechać w góry... Mamy tak blisko... Jak jadę do pracy to prawie codziennie przy dobrej wioczności widzę moją dobrą znajomą, Połoninę Wetlińską... A tak nam ciężko pokonać te 50km i się tam znaleźć... Ale się udało. Przeszliśmy grzbietem całą górę... Nabraliśmy jeszcze większego szacunku do naszej dobrej znajomej. Pokonaliśmy 14 km. Krzyś dał radę, ja dałam radę. Było cudownie. Mimo wszędobylskiej mgły... To był nasz dzień... Dzień, których mamy tak mało...


W pracy ogarniam. Nie wychodzę o 15, bo mi się nie udaje... Ale dzisiaj przyszedł kryzys... Dzisiaj powiedziałam do szefa, że sobie nie radzę, że mam dość... W ogóle tam się jakieś dziwne rzeczy zaczynają dziać.. Nie chcę wchodzić w szczegóły... Nie o to chodzi... Tylko te dziewczyny stwarzają taką atmosferę... Taką złą.. Bo ja lubię to co robię. Ja to polubiłam. I w końcu czuję, że jestem na właściwym miejscu. Tzn. to nie jest spełnienie moich marzeń. Ja nadal nie wiem co mogłabym w życiu robić. Ale to co robię teraz daje mi poczucie takiej stabilizacji... W końcu wiem co mam robić w tym sklepie. I wydawało mi się aż do dzisiaj, że jest ok. Ale dzisiaj się podłamałam trochę. Coś popieprzyłam przy zamówieniu. I był problem. Ale szef mnie uspokoił... Tylko, że ja miałam ochotę mu powiedzieć, że to koniec... A te moje koleżanki z pracy to wyrabiają jakies takie dziwne rzeczy. A ja nie mam czasu na to takie szarpanie się... Ani ochoty, ani zdrowia...

Dzisiaj okazało się, ze syn mojej siostry ma autyzm... Odkąd skończył 18 miesięcy było widać, że jest coś nie tak... Dzisiaj ma 4 lata. siostra w zeszłym roku podjęła już kroki żeby coś z tym zrobić... Płacze, po prostu nie mogę... Cholera... Trafiła aż do Leżańska do psychologa... Pani jej powiedziała, że on już od roku powinien być pod opieką specjalistów... Że w jakim świecie my żyjemy... Szlag mnie trafia... Konrad jest uroczy, kochany, roześmiany. Mówi od roku. Dzieki pani z przedszkola. Dzięki mojej siostrze, która już od dawna z nim ćwiczy, coś robi... Takie jego postępy tak bardzo mnie cieszą! Jak on mówi to miód na moją duszę... Przepełnia mnie smutek, żal... Ale teraz już wiadomo co robić. Anka dostała wskazówki, wie już gdzie pukać nadal... To jest straszne... Naprawdę... Myślę, że moja siostra nie do końca dopuszczała do siebie myśl o autyzmie... Ja sama tego nie dopuszczałam... Ale najwaźniejsze teraz jest to, aby skupić się na nim. Trzeba mu pomóc. Trzeba zrobić wszystko, żeby on kiedyś prowadził normalne życie. Żeby miał fajną pracę, rodzinę. Żeby żył. Każdy na to zasługuje... Muszę stać murem za moją siostrą... A dzisiaj jest mi ciężko... Źle, smutno...

Od miesiąca wypadłam z rytmu... Nie lubię zmian... Nie moge wejść na właściwy tor z pracą, treningami Krzysia, ledwo zaczęłma ćwiczyć to nie mam teraz jak wygospodarować godziny dla siebie. Do tego nie śpię... Znowu. Kręcę się po łóżku. Rozmyślam. Książkę można napisać. I jak już mi się uda zasnąć to o 5 się budzę...Do tych zawirowań doszedł dzisiaj potworny ból głowy... Czuję ja narasta... To może być jakiś punkt kulminacyjny tego co się dzieje... Albo w końcu dostanę okres... Otacza mnie jakiś chaos... 

Magadalena88

piątek, 22 września 2017

Urlop dobiega końca...

Niestety... Tydzień urlopu prawie minął... I towarzyszyła mi prawdziwa jesienna pogoda... Tylko poniedziałek był ładny. Ale wtedy ogarnęło mnie błogie lenistwo... Zaczęłam szaleć od wtorku :) Umyłam okna na piętrze. Gotowałam, bo mama pojechała do mojej siostry. Sprzątałam, czytałam, wypiłam litry herbaty. Przeróżnej maści :) I ćwiczyłam. Wczoraj zaczął się mój trzeci tydzień ćwiczeń. Waga stoi jak zaklęta, ale cm lecą w dół... Czyżby to było takie proste? Czy wystarczyło tylko ruszyć dupę z kanapy? Jeszcze jakąś dietę powinnam zastosować i na wiosnę będę 10 kg lżejsza :) Musiałam się doprowadzić do takiego stanu, zaniedbać się do reszty, moja waga przekroczyła magiczną granicę... Załamałam się jak stanęłam na wagę... I powiedziałam dosyć! Koniec z takim życiem... Koniec z zabijaniem się... Bardzo długa droga przede mną... I pewnie nieźle kręta... Bo dzisiaj przyszedł kryzys... Odpaliłam falmik... I okazało się, że to jest taki ciężki trening... Zrobiłam tylko 15 minut... Poddałam się... Takie dni też muszą być... Żeby mi pokazać, że muszę walczyć ze sobą... Ile jeszcze w mojej głowie musi się poprzestawiać żeby ćwiczenia stały się moją rutyną... 

Zaczęła się szkoła. Krzyś dzielnie chodzi rano sam i wraca po lekcjach. Zaczęła się nauka... Zaczęły się problemy z panią... To ostatni rok z nią. I bardzo dobrze. Bardzo jestem rozczarowana jej postawą...W ogóle w tej szkole jakaś masakra się dzieje... Kłócą się na potęge Ci nauczyciele.... Matko jak to męczy. Dlatego cieszę się, ze Krzyś stał się samodzielny jeśli chodzi o chodzenie do szkoły... Nie muszę patrzeć na to wszystko co się tam dzieje.... No i zaczęliśmy trzecią klasę... Czyli komunia.... Jakoś to przeżyję... Ale jeszcze nie wiem jak.... Goście nam się wykruszają. Im nas mniej tym lepiej... Tylko będzie mało dzieci i nie wiem czy młodemu nie będzie przykro... Ale jeszcze jest sporo czasu żeby się nad tym zastanawiać... 

Mój M dostał awans! Tak długo go namawiałam żeby porzucił tą spółkę z ojcem... I w końcu się udało, ale on musiał też do pewnych rzeczy sam dojść... Po 5miesiącach pracy na magazynie został doceniony... Szef dał mu kredyt zaufania.... Nie jest to może jakaś szeroka perspektywa, ale już będzie głowa czym innym zajęta... Tak się cieszę! Idą za tym większe pieniądze, ale też większa wiara Marcina w samego siebie... Może w końcy ten los do nas też się uśmiechnie. Wiele zależy od nas samych. Los nam podesłał fajne możliwości. Mnie i jemu. Od nas tylko zależy ile z tego wykorzystamy... 

Czytam książkę... Nic dziwnego :) Uwielbiam w końcu... O Bieszczadach, o Jeziorze Solińskim. Historia zaczyna się ponad sto lat temu. W miejscu gdzie nie było jeszcze jeziora, a łąki, pola, lasy, szczęśliwi ludzie i rzeka San.... Jak wzięłam tę książkę do ręki to dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że tam na dnie jeziora (taki jest tytuł książki) toczyło się normalne życie... Niby o tym wiedziałam... I nagle do moich rąk trafiły wspomnienia chłopca, później młodzieńca, a w końcu mężczyzny, który tam żył... Niby nic takiego, a jednak porusza mnie to do głębi.... Pierwsze 70 str. męczyło mnie bardzo.... Opisy przyrody, polowań... Ale jak zaczęły się walki w czasie I wojny to już przepadłam... Zostało mi jeszcze 400 stron. Muszę się streszczać, bo na półce czeka Stephen, a w księgarni internetowej już parę pozycji jest zamówionych...  Także chwilo trwaj! Uwielbiam jesień wbrew wszystkim za te długie wieczory (pewnie za miesiąc będę miała dość:)) Nie mogę się już doczekać tych bajecznych kolorów, kasztanów... 

Magadalena88


poniedziałek, 4 września 2017

...

To dziś... Osiem lat... Osiem długich, a zarazem jakże krótkich lat... 

[ * ] [ * ] [ * ]

czwartek, 17 sierpnia 2017

Sierpień...

Sierpień upływa mi na spotkaniach towarzyskich :) moje koleżanki pracujące i mieszkające za granicą mają urlopy. W niedzielę spotkaliśmy się razem z mężami :) mojego M. Namówić i wyciągnąć z domu jest ciężko. Ale cieszę się, że był z nami. A wczoraj to już był babski wypad. Była z nami koleżanka, której nie widziałam chyba z 10 lat. Mieszka w Londynie. Tam skończyła szkole, pracuje. I jest nadal szalona :) a za tydzień przylatuje Ela :) strasznie się cieszę. Lubię te moje dziewczyny. Fajnie jest się spotkać, pogadać. Nie wychodzimy prawie w ogóle. Praca, dom. Za chwilę zacznie się szkoła. Mi dojdzie obowiązków w pracy. Krzyś cierpi, bo mało czasu ze sobą spędzamy. Ostatnio płakał jak wychodziłam do pracy. Nie chce zostawać z moją mamą w domu... nudzi mu się. M wraca z pracy i goni do kolejnej. W domu powoli staje się gościem... Ja chodzę zła. Zmęczona. To rodzi konflikty. Eh życie ktoś by powiedział...

środa, 2 sierpnia 2017

Będę narzekać, o ciszy, spokoju i bąkach...

Jako, że nie umiemy odpoczywać siedząc na dupie to w wolną niedzielę pognaliśmy na spacer...  Odpuściliśmy góry, bo jest tam mega gorąco  (które ja akurat uwielbiam), jest też mega dużo ludzi(chwilowo cierpię na zaawansowany ludziowstręt). Poza tym jesteśmy przemęczeni i spaliśmy do 9. Chociaż tyle w ten jeden wolny dzień. No ale pognaliśmy na spacer. I przeszliśmy prawie 5km. Polną drogą, wśród pól. Uwielbiam... Zeszliśmy nad rzekę, przeszliśmy przez wodę. Krzychu na plecech u M. Załatwił się właśnie w rzece prawie dwa tygodnie temu i jest na lekach. I wróciliśmy także polną drogą. No i jak tak wędrowaliśmy to pojawiły się krwiożercze bąki... Jeden mnie dziabnął.... I noga mi spuchła... Boli mnie. Smaruję maścią, piję wapno... A i u nas nie ma komarów. Naprawdę. Po prostu ich nie ma... Za to jest dużo ludzi.... Marzę, tęsknię o chwili ciszy i spokoju... Bez tych wszystkich ludzi, bez tłumów. Tytaj pojawia się moja paradoksalna natura... Bo ja bardzo lubię jak ktoś jest interesujący i ma coś fajnego do powiedzenia. Ale jak widzę tych wszytskich zmęczonych przyjezdnych to nóż mi się w kieszeni otwiera... Są na wakacjach. A nic nie pasuje. Jak żar leje się z nieba, to za gorąco. Jak deszcz, to źle. Bo zimno, bo pada. No i drogo. Hello!!! My też tytaj mieszkamy, też robimy zakupy, też kupuję masło za 6,50zł. A jak słyszę pytanie z czego wy tutaj żyjecie? to dostaję białej gorączki. Zbieramy butelki. W końcu kaucja jest po 0,50gr... Pracuję. Uczciwie pracuję. I dostaję za to wynagrodzenie. Ale taki argument nie trafia do nikogo... Większa część odziwdzających nas myśli chyba, że kradniemy... Fakt, że gdyby nie turystyka to pewnie trzeba by było kupić krowę i posiać zboże. Są turyści i ja mam pracę. Bo przychodzą tłumnie na zakupy do sklepu gdzie pracuję. Nie wstydzę się tego. Trafiłam na porządnego, uczciwego pracodawcę. A tutaj takich ze świeczką szukać... Koło się zazębia... Tylko czemu Ci odwiedzający nas nie papiętają, że oni też u kogoś pracuję, wykonują zlecenia, świadczą jakieś usługi... Czemu są tacy chamscy, nie uprzejmi... Temat rzeka... Dam im chyba już spokój...

Wracam do domu. Upał niesamowity. Usmażyłam się w aucie przez te 15 minut. Wchodzę do domu, mama woła mnie na obiad. Niech ta kobieta żyje w zdrowiu i 100 lat. Za to gotowanie właśnie. A mi się nawet jeść nie chce... Poskładałam pranie. Chociaż tyle. Bo nie sprzątam... Krzyś ciągnie mnie na podwórko... Idziemy. Puszczam mu bańki mydlane, a on biega jak piany królik :)  Szczęśliwy... Dlatego nie sprzątam. Szkoda mi mojego cennego czasu. Nie chcę tracić ani minuty z chwil spędzonych z Krzysiem. Ma wakacje. Przecież podłoga nie ucieknie, umyję jutro. Albo w jesieni ;) Krzychu ma coraz więcej swoich spraw, zaintereswań. Coraz częściej kiedy to ja chcę spędzić z nim chwilę to on mi odmawia... Bo ogląda, czyta, rysuje, gra, bawi się, chce iść do kolegi... Jest mi czasami przykro, ale zaraz się doprowadzam do porządku. Przecież to naturalna kolej rzeczy... No i jak tak sobie siedzimy na podwórku, czekamy na M. to ja już nie mogę wytrzymać. Mało mnie nie rozpierdoli od środka....! Z tego hałasu okropnego... Mieszkam we wsi gdzie łączą się drogi. Jak ktoś będzie jechał na pętlę bieszczadzką niech pomyśli o mnie na każdym skrzyżowaniu ;) Jest straszny ruch na drodze. Auta jadą jak zwariowane. Jest dużo turystów w mojej miejscowości. Moja ciocia po sąsiedzku ma noclegi. Jakieś dzieci biegają po podwórku, młodzież przyjechała do jej domku. Śmieją się, piszczą, krzyczą. Kosiarki kosza jak zwariowane, brzęczą. Powariowali. 37st a oni koszą... Jeszcze 10 lat temu prawie w każdym domu była krowa. Nikt nie miał kosiarki. Była cisza. Teraz każdy ma kosiarkę, a nikt nie ma krowy... I co jeszcze słyszę? Piłę... Ktoś tnie drzewo w tym upale... I te samochody... Zwaruję zaraz... Gdzie są ptaki... Nawet o 6.30 jak jadę do pracy to nie mam ciszy, bo moje auto wyrczy... Zwariuję do końca wakacji... A pojutrze sama muszę skosić trawę... 

Dlatego polecieliśmy na ten spacer... Żeby ucieć od tych głosów... Przynajmniej ja... Unikam skupisk ludzi, tłumów. Nawet do sklepu na zakupy nie chodzę. W końcu spędzam w sklepie 7 godzin dziennie... Oj te moje chore dumania i paradoksy. Cała jestem paradoksem... 

Magadalena88